piątek, 10 sierpnia 2012

Konfiguracja 3.1 z myszką w puzzlach

Z myszką komputerową, ale też bo myszką trąci. Na ten tekst trafiłem przeglądając kopie robocze. Rok leżało. Dopisałem zakończenie i wrzucam na pożarcie. Rzecz cała o koncercie inaugurującym debiut płytowy Marceliny we Wrocławskim klubie Puzzle.

Pewnego pięknego, wiosennego dnia udałem się do rynku obadać jak tam, w tej knajpie wygląda. Byłem oj zdziwiony. No nie ma, żeby wszystko pięknie. Jak nie urok, to... surround. Scena spoko duża, jak na klub. Głośniki przednie, tzn bardzo dobre i tylne identycznie. Taki sam na środku. Naprawdę wypas i aktywne, tylko czemu po jednym? Toż w monitorach będzie więcej mocy niż na sali. Eh żyzń... W najodleglejszym rogu baru wypatrzyłem rack z urządzeniami FOH. Ooo keeej... Pytam się grzecznie gdzie mikser, a on ci tamże hen za butelkami, że nie widać. Boszszsz, i jak tu cieszyć się ze sztuki?

Drugą wizytę przeznaczyłem na zaprzyjaźnienie się z konfiguracją i obsługą lokalu. Obsługa miła. Konfiguracja skomplikowana. Przykładowo, mamy dedykowane wyjście mono ze stołu na 2 suby - lewy i prawy. Okazuje się jednak, że nawet jeśli nic tam nie posyłamy, to i tak "trochę grają". Yyy... Trochę? Czyli jak? No to zapodałem szuma i dawaj bawić się w Sherlocka. Okazało się, że całość, skądinąd zrobiona bardzo porządnie, nie jest ani typowa, ani oczywista. Została pomyślana na kino surround. Dziwność polega na podejściu do dołu. W typowym 5.1 sub jest zupełnie osobny i działa jedynie jako LFE, czyli trzęsidupa. Reszta głośników winna być full range. W rozwiązaniach z małymi domowymi satelitkami, sub pełni rolę podwójną - jest uzupełnieniem pasma wszystkich satelitek i jednocześnie trzęsidupą. W naszym klubie zrobiono inaczej. Jak pisałem, doły są dwa. Uzupełniają pasma głośników przednich, odpowiednio lewego i prawego. Pozostałe tory pracują full range. Pomijając dziwność, wszystko zestrojono bardzo dobrze. W obawie o problemy fazowe, postanowiłem nie używać dopalania basów wyjściem mono. Można przecież zwyczajnie podbić korektorem. Co dalej?

Koncepcja miksu. Co by tu z tymi wszystkimi głośnikami zrobić? Po pierwsze, nie widziałem uzasadnienia dla "pan-owania" instrumentów z tyłu sali. Skoro tak, to pozostaną klasycznie w lewym i prawym. Mocy jest mało, ergo center będzie dla Marceliny i tylko dla niej. Poza oczywistą selektywnością, zyskam na lokalizacji wokalu. Znaczy to, że ludzie po bokach sceny będą słyszeli dziewczynę jak trzeba, ze środka, a nie z najbliższego głośnika nad głową. Z tyłu dam efekty - echa i pogłosy. Przede wszystkim trzeba je opóźnić. Nie chcę, żeby słuchacze stojący pod nimi mieli wrażenie, że słyszą wcześniej niż widzą. Co do echa, to lubię jak poszczególne odbicia są szerokie, słyszane z boków, a nie ze środka. Uzyskuję to dodatkowo opóźniając jeden z kanałów. Niestety w poczciwej dziewiątce, chcąc zachować funkcję Tap, jest kłopot. Chyba, że rozsunę czas na wyjściach głośnikowych. W końcu będą tam tylko efekty i pogłosom nie zaszkodzi.

Wszystko pięknie, ale... No właśnie. Przecież mikser stoi w dupie (czyt. daleko poza widownią, nawet z tyłu głośników tylnych, czyli z tyłu tyłu). Myślałem, będę twardy i zażądam przenosin. Przerabiałem to już prę razy, czyli całkiem często. Zobaczywszy jednak misternie utkaną pajęczynę połączeń analogowych oraz cyfrowych z tyłu urządzenia, zwątpiłem tak w przenosiny, jak i w dopinanie drugiego miksera na podpycie. Tu zawitał na mej twarzy chytry uśmiech tryumfu - będę miksował na laptopie! Precedensy były, czyli

Dade ramy dade ramy da
Ramy ramy dade ramy da
Dadę ramy dade ramy da
A jak nie damy to myk do mamy
I w płacz
(Lech Janerka)


Di Judgement Day

Ostatnią modyfikację zaordynowałem w dniu koncertu. Basy postawiłem w jednym miejscu, jeden na drugim, jak jeden. Zysk taki, że uniknę dziur. Wszędzie bas będzie.
Wszystkie głośniki, przody i monitory są wysokiej klasy i wstępna korekcja wyniosła zero. To duża ulga, zwłaszcza, że miałem również myszkować odsłuchy - całe 6 sztuk.
Przyjechał zespół, okupił scenę i zaczęliśmy to opinać. Klub jest przygotowany na 24 wloty, a to nie dużo, zwłaszcza gdy kierownik używa keyboard stereo, Rhodes stereo, prawdziwy Leslie, plus całą kupichę śladów na makówce, basista ma dodatkowy syntezator, perkusja jest prawdziwa i jeszcze chłopacy śpiewają. Skróty musiały być i były. Próba gainów, miksu, efektów, monitorów i w ogóle, ubiegła w atmosferze ćwiczenia repertuaru, czyli zgrzytałem zębami, czując kropelki zimnego potu na plecach. Prośby muzyków docierały w Surround 5 i jeden akustyk. Starałem się wyglądać profesjonalnie. Mój kompan z loży szyderców, widząc co się kroi, uciekł pośpiesznie, pozbawiając mnie możliwości odreagowania słowem. Łukasz! Ty wiesz co! Yhhh...

Tak to, w zeszłym roku było. Koncert udał się bardzo. Laptopa postawiłem na statywówce. Tylne głośniki wyłączyłem, bo artyści nie chcieli efektów. To się nawymyślałem bajerów... Wokal faktycznie było słychać ze środka. Całość nagrałem na pen-drajwa recorderem poczciwej dziewiątki. Jako, że było 3.1, to zrobiłem na matriksach dałn-miks do 2.0 stereo. Potem, już w studio, mastering i poszło do pana, który skręcał wydarzenie kamerką.


Fajne. Lubię wracać do starych nagrań, słuchać świeżym uchem, z dystansem, jakiego nie ma się podczas realizacji. Niebawem nowa płyta Marceliny. Nie ja to oczywiście. Trzymam kciuki. Pozdrawiam. Do widzenia.