niedziela, 30 września 2012

Anty-różowy filtr

Jak obiecałem, wrzucam info jak zrobić sobie korektor dla Różowego kompresora z mojego sierpniowego postu.

Na obrazku widać mój filtr z Samplitude / Sequoia. Można te parametry skopiować, jednak w przypadku EQ innej firmy może działać inaczej.


Poziom, częstotliwość i dobroć, nie opisują filtra dokładnie. Jego kształt może być różny. Również filtry półkowe (Shelving) miewają różne właściwości. Dlatego radzę dostroić taki filtr samemu.
Potrzebny jest generator szumu różowego. Jeśli nie ma, to polecam TestTone z darmowego pakietu MDA. Wrzucamy to na ślada. Zależnie od konfiguracji hosta, czyli DAW, czyli naszego programu, może być konieczne wstawienie na ów track jakiegokolwiek sampla, żeby VST się odpaliło. Na wyjściu potrzebny jest analizator widma, najlepiej FFT, bo pokazuje szum biały (tak - biały) jako poziomą linię. Ja używam też bezpłatnego Voxengo SPAN.
Pomiędzy nimi insertujemy strojony korektor. Odpalamy szum różowy i tak kręcimy gałami EQ, żeby wykres FFT był jak szumu białego.
W moim przykładzie dodatkowo odciąłem najniższe dźwięki, żeby kompresor je olewał.

Mając już taki filtr, można go modyfikować zależnie od potrzeb. Oto moja strategia. Jeśli chcę zmienić barwę instrumentu trwale, bo coś w nim brakuje lub permanentnie przeszkadza, to koryguję normalne EQ na śladzie. Natomiast kiedy nieprzyjemny dźwięk pojawia się tylko czasami, wyskakuje raz po raz, ale poza tym jest ok, to można go podbić, wzmocnić na korektorze Różowego kompresora. Kiedy kompresor dostanie go więcej, to go bardziej ściszy. W rezultacie będzie tłumiony tylko kiedy trzeba. O to właśnie chodzi.
Podobne zabiegi robi się w Sidechain od dawna, ale bez wyrównania "różowego" efekt nie jest dobry, bo wciąż decydujące są dźwięki najniższe. Startując od "różowego", mamy kompresor neutralny barwowo. Można też zrobić odwrotnie, czyli ściszyć pasmo, którego nie chcemy kompresować, stanie się ono nieco głośniejsze. Oczywiście wszystko dotyczy instrumentów monofonicznych w rozumieniu artykułu-matki, a matka jest tylko jedna. Albo dwie... Albo dwóch tatusiów. Albo tatuś jest mamusią, a mamusia tatusiem. Yyy...

środa, 12 września 2012

"... nie gramy tam gdzie nie trzeba."

W odpowiedzi na pytanie Bartka, postanowiłem zrobić nowy post, bo chcę pokazać dodatkowe obrazki.
Co to znaczy "nie gramy tam gdzie nie trzeba"? "Nie trzeba" zależy od rozkładu widowni. Czasem bardzo krótki i szeroki, a innym razem długi i wąski... ten rozkład. Jednakże zawsze będzie nieco szerszy niż rozstaw głównych paczek nagłośnienia. (Pomijam tutaj pomieszczenia zamknięte.) Bardzo dziwnie i nieprzyjemnie się słucha, kiedy stojąc blisko, vis-a-vis jednej ze stron systemu, nie ma dołu. Oddalamy się i wciąż to samo... Tak będzie w przypadku zwykłej linii subbasów.


Jeśli sporo słuchaczy stanie po bokach, to kiepsko. Za to mamy dobre pokrycie dołem daleko, na wprost sceny. Strzałki pokazują typowy kąt środko-górek. Widać, że nie koreluje dobrze z subami.
O układzie lewo/prawo, przyznałem, że ma wady, ale też mocne zalety. Wykres pokazuje dużą spójność z górkami. Spójność ta dotyczy również charakterystyk czasowych i fazowych w bardzo szerokim kącie patrzenia. Oznacza to lepsze brzmienie muzyki. Podobne dopasowanie, układ linii subów ma dopiero daleko przed sceną. Dlatego właśnie radzę niedoświadczonym w te klocki, robić lewo/prawo, albo w kupie na środku. Układ linii, odpowiednio sterowany, może zagrać szerzej i tego bym sobie oraz państwu życzył, ale dopiero po świadomym projekcie. Tymczasem, lewy przykład dobrze nadaje się, dajmy na to, dla widowni po drugiej stronie rzeki. Wcale nie żartuję. Widziałem już takie super koncerty.

wtorek, 11 września 2012

BUUU!!!

Jechałem sobie i zastanawiałem się, o czym by tu napisać. Jest jeden temat nieśmiertelny - suby. Na kursach pokazuję jak je dopasowywać do reszty systemu, ale jakże często koledzy wywalają się na kwestiach najprostszych - gdzie je postawić. Napiszę więc parę podstawowych informacji, jak suby grają a jak nie grają oraz co z tego wynika.

1. Żadna normalna paczka subbasowa nie gra kierunkowo, chyba, że jest to zaawansowana konstrukcja sterowana specjalnym procesorem, ale dziś nie o tym... Długość fal basowych w  przestrzeni wynosi od 4 do 8 metrów. Wielkość głośnika basowego, to jakieś pół metra. Jest mały w porównaniu z falą, dlatego może być traktowany jako punktowe źródło dźwięku. Wniosek? Nie ustawiać subów ukośnie w nadziei, że lepiej nagłośnią boki widowni, bo to nie pomoże.


2. Najbezpieczniejszym rozwiązaniem, pod każdym względem, jest ustawienie subów klasycznie, pod górkami, czyli lewa-prawa. Ma to swoje wady, ale nikt nie zarzuci błędu, nikt nie powie, że jest źle. Jeśli nie ma lepszego pomysłu, to zawsze lewa-prawa. Oto jak grają:


Taka konfiguracja gra bardzo szeroko - dobre dla szerokich widowni. Prawy głośnik jest przekręcony mocno na zewnątrz, aby pokazać, że to nie wpływa na pokrycie basem.

3. W zdecydowanej większości przypadków, najlepsze jest postawienie subów w jednym miejscu. Układy, gdzie głośniki są od siebie oddalone, powodują powstawanie "dziur" bez basu. Uważam, że jeśli tylko rozkład scena-płotki-widownia na to pozwala, należy postawić suby w jednym miejscu, najlepiej na środku, tuż przed sceną.


Fajnie? Fajnie. Ale... jest dobrze, kiedy nie tworzą dłuższej linii.

4. Zdecydowanie należy unikać układania subów w długiej linii przed sceną. Im dłuższa, szersza linia subów koło siebie, tym WĘZIEJ, bardziej kierunkowo będą grały. Wiem, że to nie jest intuicyjne i dlatego wielu się na tym wywala. Jeśli tak zrobimy, to najpewniej nie będzie słychać basu już nawet pod górkami. Tak to działa.


Dlatego się krzywię, kiedy widzę coś takiego. Krzywię się jeszcze bardziej, kiedy...

5. Złożoną naturę składania fal objawiają głośniki rozsunięte, z przerwami pomiędzy nimi. Jeśli nie zastosuje się świadomego processingu, to rezultat jest jeszcze gorszy niż w punkcie 4.


Jak sobie zatem radzić, kiedy głośników jest dużo? Ustawiać paczki piętrowo, na ile tylko wysokość sceny pozwoli. Jeśli wciąż tworzą długą linię, to lepiej zrobić lewa/prawa.

Na pocieszenie napiszę, że w pomieszczeniach, salach, halach, sytuacja falowa jest duuużo bardziej skomplikowana, dzięki czemu mamy święty spokój - olewamy. Rozkład dziur zależy od częstotliwości, od ustawienia paczek oraz od odległości ścian, a nawet sufitu. Co by nie robić, bałagan jest tak straszny, że lepiej przespać się na kejsie.


Dlaczego więc poważne firmy robią "linijki" i kombinują dużo bardziej, z tak dobrymi rezultatami? Ano dlatego, że się znają i bardzo dobrze wiedzą co robią, wiedzą jak. Kluczem jest wiedzą plus umiejętności i doświadczenie. Intuicja, podglądactwo i odgapianie są do niczego, bo nie widać tego co najważniejsze. Najpierw ktoś zrobił projekt, sprawdził, zasymulował, a głośniki są sterowane procesorami w bardzo zaawansowany sposób. Uwzględnia się ilość paczek, wielkość sceny i kształt widowni. Stosuje się też układy kierunkowe, kardioidalne i End Fired - fajne, nowe, modne określenie. Po naszemu - dopalane od tyłu - nieco pejoratywne.

Dlaczego ja odradzam stosowanie powyższych? Otóż ten, kto się zna naprawdę, nie potrzebuje moich wywodów. Ten robi dobrze i już - finito. Natomiast początkujący nie powinni eksperymentować na żywych, przyjeżdżających do pracy artystach. Nawet popularna reguła "metr tu, metr tam i odwrócić fazę" nie zawsze dobrze działa, bo nie wszystkie paczki są tak samo zrobione w środku.

Oh i jeszcze jedno. Nie podłączać razem subbasów różnego rodzaju, jeśli nie ma do nich osobnych ustawień procesora i jeśli nie są dopasowane fazowo oraz amplitudowo. Bardzo możliwe, że zagrają ciszej, albo tak samo jak bez dostawki. Serio, serio.

A teraz idę wywiesić to cholerne pranie!

PS
Wróciłem, wyłowiłem muszkę z zimnej herbaty i polepszyłem nieco wykresy - dodałem zarys sceny. Nie należy porównywać bezwzględnych poziomów dźwięku (te ładne kolorki), a jedynie ich kształt. Na kolejnych obrazkach są różne ilości głośników, a więc i różne głośności.

czwartek, 30 sierpnia 2012

The Menthor [dementor]

Niedawno, na łamach mojego bloga wymieniłem mało znaną markę w kontekście pochlebnym. Z tego co mi wiadomo, ów produkt nawet nie jest już dostępny. Był to przykład z mojego życia zawodowego, ilustrujący wagę poprawnej konfiguracji głośników, promujący fachową wiedzę. Doszło do mnie, że ktoś uważa, że nie powinienem był owej marki wymieniać. Ta osoba chciałaby, żebym już tego w przyszłości nie robił. Najwyraźniej ten ktoś uważa mnie za personę publiczną, opiniotwórczą, może nawet za autorytet. Cóż, jest mi niezmiernie miło. Wszelkie przejawy uznania przyjmuję z wdzięcznością oraz pokorą. Nie wiem jednak czy tamta Nazwa ma jakoby uwłaczać mojej zacnej osobie, umniejszać glorię, czy może Nazwa, pojawiając się w moich ustach, stwarza realne zagrożenie dla konkurencji. Chciałbym wszystkich zatroskanych uspokoić, że nie czuję się wielki, pomijając ciało, więc użycie chińskiej mocy technicznej mi nie uwłacza, podobnie jak paru innym, dla odmiany naprawdę tuzom branży pro-audio. Mam wymienić? Teraz to strach... Co do zagrożeń - niechaj wygra lepszy. Nigdy nie interesowała mnie polityka i staram się od niej stronić. Niestety okazuje się, że moja prywatna wypowiedź została zarzucona mojemu koledze. Dlatego chciałbym oczyścić jego nazwisko oraz markę.

Ś w i a d e c t w o

§1.

Niniejszym świadczę, że nie jestem pracownikiem portalu realizator.pl zwanego dalej Portalem. Nie mam z nim podpisanej żadnej umowy. Nigdy od niego nie otrzymałem żadnych profitów materialnych. Nigdy nie czerpałem korzyści materialnych z zamieszczanych tam materiałów reklamowych, ani od Portalu, ani od reklamodawców.

 §2.

Mój tytuł zastępcy redaktora naczelnego jest uznaniowy i honorowy, z racji mojej paroletniej współpracy z twórcą Portalu Kubą Krzywakiem, zwanym dalej Kubą. W początkach wspomagałem go radą oraz moimi artykułami. Wciąż jesteśmy przyjaciółmi i często ze sobą rozmawiamy.

§3.

Nie chciałbym, aby moje całkowicie prywatne i niezależne działania wpływały w jakikolwiek sposób na ocenę pracy i rzetelności Kuby.
Cieszę się, że realizator.pl zyskał na znaczeniu i aktywnie uczestniczy w naszej, jakże polskiej, rzeczywistości. Wciąż z nim sympatyzuję.

§4.

Jedyna komercyjna, wspólna działalność moja i Kuby, to organizacja i realizacja szkoleń, które nie są powiązane w żaden sposób z żadną konkretną marką. Przekazywane treści są całkowicie uniwersalne. Jako że nie da się prowadzić zajęć praktycznych bez realnych urządzeń, to korzystam z uprzejmości firm, które je chętnie udostępniają.

Amen



Mam nadzieję, że publikując to zdjęcie nie naruszam niczyich praw intelektualnych.
Jeśli jest inaczej, to obiecuję focię usunąć, a poszkodowanych pseplosić.

Na koniec pragnę nadmienić, że nie wyjawiono mi komu nie podoba się moja postawa. Mamy więc do czynienia z Anonimem. Oby to nie była Vendetta

wtorek, 28 sierpnia 2012

Wiedzieć jak stary preset

Przedwczoraj wróciłem z koncertu Sumptuastic w Kozienicach. Poprzedzało go małe zamieszanie techniczne, ale na miejscu miałem miłą niespodziankę. Teraz naszła mnie refleksja o systemach nagłośnieniowych.

Dokładnie 3 lata temu kolega, Krzysiek Głogowski, poprosił mnie o wystrojenie nowego systemu liniowego Alphard Hannibal HF 10X. Z wierzchu nieco przypomina dużego Verteca.

Było z tym trochę zabawy, bo paczki są 3-drożne i do tego jeszcze basy. Procesor poważny, chociaż dziadek - dbx DriveRack 480. Nie jest tak elastyczny, jakbym sobie życzył, ale się nadał. Producent nie dostarcza ani gotowych presetów, ani tabel czy choćby wytycznych. Trzeba było zaczynać od zera. Dzień cały hałasowałem i kombinowałem. Świeży program miałem okazję testować i dopieszczać, realizując jakieś koncerty jazzowe. Zrobiłem i wyjechałem. Od tamtego czasu nie widziałem się z Krzyśkiem, do... teraz.

Głośniki jak te, zawsze wzbudzają kontrowersje. Nie wiadomo co to jest, jakieś chińskie, na pewno będzie masakra, cicho, brzydko i w ogóle. Sam nie byłem pewny co zastanę. Minęło trochę czasu. Przyjechałem. Ktoś właśnie śpiewał. Brzmienie sensowne, dość przyjemne. Później, przed występem Sumptuastic, włączyłem swoje testy odsłuchowe. W zasadzie nie było do czego się przyczepić. Zważywszy, że topologia miejsca koncertu była zupełnie inna niż 3 lata temu, to aż dziwne, że EQ ruszyłem tylko w dwóch miejscach po parę decybeli. Całe pasmo gra, nic nie pierdzi, nic się nie dławi. Drajwery dość łagodne, nie bolą. Stopa kopie. Owszem, zdarzało mi się grać na lepszych systemach, ale jakże często, bywało znacznie gorzej. Marek nie wymienię. Teraz puenta.

Można? Da się? No kurde!
Nie wystarczy kupić sobie system topowej marki. Trzeba jeszcze umieć go używać. Jeśli brak odpowiedniej wiedzy, to nie grzebać i nie kombinować, tylko wynająć fachowca, albo się nauczyć. Tak, gram na własne podwórko. Oczywiście, że tak, ale Krzysiek ma za sobą 3 owocne lata z "podwodnymi" głośnikami, które wciąż grają jak na początku. A czy przypadkiem topowe graty nie mają bebechów z tej samej fabryki?

Jeszcze jedno. Za pierwszym razem, zespół lub jego realizator, skuszą się na fajny sprzęt, ale za drugim,... przypomną sobie jak było za pierwszym i jeszcze opowiedzą innym. Inwestujcie w "Wiedzieć jak".

Różowy kompresor


Mam różowe etui na telefon. Nie jest praktyczne, bo się brudzi i płowieje od słońca oraz tlenu, zawartego w ziemskiej atmosferze. W dodatku ma wytłoczone wzorki, które genialnie akumulują ciemną materię. Postanowiłem założyć go na kompresor.

Nieee... Wymyśliłem coś zupełnie innego. Wymyśliłem, żeby w Side Chain kompresora włożyć filtr odwrotny do charakterystyki szumu różowego. (Tak, ten artykuł też będzie totalnie niezrozumiały.) Przez jakiś czas, żyłem w przeświadczeniu, iż odkryłem Amerykę. Niestety, parę dni temu, Bartek pokazał mi fabryczne urządzenie, z takim właśnie rozwiązaniem. Szkoda, że nie ja, pierwszy na Ziemi, go stworzyłem, jednakże wymyśliłem niezależnie i za to mi chwała. Brawo ja! Przed chwilą przeczytałem instrukcję, bo jestem z tych nielicznych, co instrukcje czytają. Nie macie pojęcia ile można się z czegoś takiego dowiedzieć. Każde urządzenie powinno mieć instrukcję. Świat byłby dużo prostszy. Co? Mają?

Mimo plagiatu, postanowiłem napisać o moim różowym kopresorze, bo wydaje się, że instrukcję do API2500 tworzył marketingowiec i profilował ją dla odbiorcy  amerykańskiego. Jest tam funkcja kształtowania barwy dźwięku THRUST, nasz filtr nazywa się LOUD i powoduje PUNCH. WOOOOOOOOOW!!! Jaki fajny coś!!! Normalnie...  yhm... no... mmm... WOOOOOOOOOOW!!! Ja chcę zawsze mieć Thurst, Loud i Punch na wszystkim! Lecę to kupić!... No dobra, znowu nie. Rzecz w tym, że osobiście, nigdy nie nazwałbym tego w taki sposób. Używam owej kompresji od paru lat i nigdy mi nie przyszło do głowy, że robi ona wspomniane super rzeczy. Uwaga - jestem 100% pewny (Yeah I'm one hundred percent positive, mate!), że zrobiłem to samo co Thrust, za to z zupełnie innych przyczyn, niż Oni. Dlatego właśnie piszę.

Zaawansowani dźwiękowcy kumają, że normalny kompresor reaguje bardziej na dźwięki niższe. To znaczy, że w całym miksie, bardziej obchodzi go stopa i bas niż, dajmy na to, tamburyn. Dlaczego? Bo kompresor nie ma uszu podłaczonych do ludzkiego mózgu i nie wie co to zespół. Nasze móóózgi reagują na energię dźwięku, a kompresory na napięcia elektryczne. Jeśli ustawimy tamburyn jednakowo głośno jak stopę, to okazuje się, że robi ona dużo większy prąd niż tamburyn. Gupi kompresor widzi ten prąd, a nie naszą głośność. Czy można nauczyć kompresora, co to jest głośność? Ha! Trzeba mu wsadzić filtr korygujący opisaną rozbieżność. To bardzo proste. Dajemy EQ o nachyleniu stałym, rosnącym 3dB na oktawę. Już. To jest dokładnie odwrotność charakterystyki częstotliwościowo-amplitudowej szumu zwanego różowym. Ten szum, ma płaską charakterystykę energii (nie amplitudy) i taki właśnie odbieramy jako równy dla naszych uszu. Zastosowanie wspomnianego filtra w obwodzie detekcji kompresora, czyli wsadzenie go w Side Chain, tłumaczy mu ludzki sposób słyszenia muzyki. Jakie są konsekwencje? Ano bardzo istotne. Każda częstotliwość, każdy dźwięk i każdy instrument staje się dla urządzenia jednakowo ważny. Niskie dźwięki nie powodują pompowania. Zaraz, ale może ja lubię pompowanie. A jak jest zbyt mocne, to wystarczy zwykły filtr HP. No właśnie. Co w tym takiego super? Łeee... No otóż, ja używam różowego kompresora przede wszystkim do gitary basowej i do wokali, a wokale niczego nie mają pompować.



Basówka

Chciałbym, żeby wszystkie dźwięki były jednakowo głośne. Niestety im większa kompresja, tym głośniejsze są nuty wysokie, bo przecież robią mniejszy prąd i zwykły kompresor błędnie uznaje je za ciche. W efekcie, wcale nie ma dobrego wyrównania. Różowy kompresor załatwia sprawę. Jest naprawdę... naprawdę równo. Można kompresować łagodniej i wszystkie dźwięki są pod kontrolą. W zasadzie już nie mogę się bez tego obejść.

Wokal

Jakie problemy mamy z wokalami? Kiedy śpiew jest cichy, to za bardzo dudni dołem, kiedy głośny - niemożliwie wyskakuje środek, kiedy ostry - pojawia się 3 kilo, kiedy esy - 10 kilo. Walczymy na różne sposoby. Pierwszy, to EQ będące kompromisem zależnym od charakteru obrabianego śpiewu. Potem kompresor, a w efekcie dostajemy więcej szeroko pojętej góry. Wtedy de-esser, czasem dwa, jeden na "s", drugi na "sz" i "ć" (uroki polszczyzny). A co ze środkiem? Och jak dobrze byłoby mieć kompresor pasmowy, albo jakieś dynamiczne EQ. No dobrze, ale kiedy już jest, to stajemy przed panelem, który ma kilkanaście parametrów, a ich ustawienie nie jest łatwe. Do tego, taka kupa processingu nie jest obojętna dla jakości dźwięku. No to zamiast kupy, włączamy różowy kompresor i KAŻDY wyskakujący dźwięk jest kompresowany - trzyma dół, ścisza środek, hamuje ostrość nie zabierając prezencji i wychwytuje wszystkie rodzaje ś, ć, sz, sry jakie sobie zamarzymy i to bez jakiegokolwiek strojenia! Czemu cały świat nie oszalał na punkcie takiego czegoś? A czemu nie ratujemy wielorybów? Jak mawiał mój kolega, czasem jest też tak. Wady? Ktoś może zarzucić, że lubi, kiedy kompresja wokal rozjaśnia. To kwestia wokalisty, języka, uzębienia, mikrofonu, piosenki, gustu itd.

Inne dźwięki

Moim zdaniem, różowy kompresor robi przede wszystkim na instrumentach monofonicznych. Mam na myśli takie, które nie grają akordów. Ten kompresor reguluje jednakowo cały dźwięk, który dostaje. Bas się nadaje, bo jego partia składa się zwykle z kolejnych dźwięków pojedynczych. Pasują tu wszelkie instrumenty dęte, ale nie miałem okazji się pobawić. Natomiast współbrzmienia i akordy, np. klawiszy lub gitar, zyskają znacznie mniej, bo niezależnie od wysokości dźwięku, zajmują mniej więcej podobne, szerokie pasmo częstotliwości. Nie chcę też różowego kompresora na busach czy miksach. Nie wyobrażam sobie, żeby mi tamburyn ściszał i pompował całym nagraniem. Tak już jest, że muzyka rozrywkowa lubi się z gupimi kompresorami klasycznymi.

Zastanawiałem się czemu API napisało, że Thrust, Loud i Punch? Domyślam się. Jeśli ustawimy klasyczny kompresor na miksie i nagle przełączymy go w tryb Thrust Loud - zrobi się głośniej. To nie jest cudowna właściwość tego kompresora. Po prostu, przed zmianą urządzenie bardziej ścisza, bo jest wrażliwe na basy. Po włączeniu Thrust to przewrażliwienie znika i kompresja staje się zwyczajnie płytsza. Słychać głośniej, ale to tak, jakby gałkę głośności Volume, reklamować jako rewolucyjny Loud Jet Boost Knob. Niby prawda, ale trochę... dziwna. Należałoby porównać brzmienie przy skompensowanej głośności. Piszą, że Thrust mniej pompuje i że ma więcej kopa. Naprawdę? Wydawało mi się, że odczucie kopa wynika z pompowania. Objaśnienia instrukcji są pokrętne, łączą dane techniczne z psycho-bełkotem skierowanym do laików. Dosyć. Jestem niepolityczny. Olewam.

Niebawem będzie można wszystko usłyszeć uszami. Właśnie kończę miksować nowy, tym razem koncertowy album Małgorzaty Ostrowskiej. Mój różowy kompresor jest na wokalu Małgosi, Piotra Cugowskiego oraz na wszystkich basówkach. Żadnych deesserów, żadnych kompresji pasmowych. Oszczędne EQ.

P.S.
Jeśli będzie mi się chciało, opiszę jak zrobić sobie korekcję dla różowego sajdczejna.

czwartek, 16 sierpnia 2012

CISZA NAGRANIE

CISZA NAGRANIE - to właśnie kojarzymy z działaniami w studio. Moje wynurzenia będą więc o ciszach podczas nagrywania. Ze strachu, nie podam ni miejsca, ni nazwisk. Wszelkie zbieżności z postaciami lub miejscami z reala, są koniecznie przypadkowe i z całą pewnością chybione.


Wyobraźmy sobie całkowicie wyssaną z palca sytuację. Jesteśmy w studio będącym częścią większej firmy, związanej z wytwarzaniem dźwięku. Właśnie trwa nagranie wokalu. Artysta, w osobnym pomieszczeniu, w delikatnym, nastrojowym półmroku, śpiewa po raz kolejny, swoją klimatyczną piosenkę. Wydaje się, że tym razem, to jest właśnie TO. W reżyserce maszyna rejestruje każdy szept, a producent, z zamkniętymi oczami odpływa razem z muzyką. W drzwiach pojawia się korporacyjnie uśmiechnięta i takoż odziana postać osoby z wyższego szczebla drabiny owej dźwiękowej firmy. Czy możemy z małą wycieczką? - zadaje retoryczne pytanie, nie wątpiąc ani przez chwilę, że ktoś mógłby mu odmówić tak niewinnej rzeczy. Zza pleców persony wyciągają się żurawie łby zafascynowanych niedźwiękowców. NIE! - rzuciliśmy się z wyciągniętymi rękami. - Przepraszamy, ale właśnie trwa nagrywanie wokalu. - Aha, aha, tak, tak, oczywiście, już wychodzimy. - padło z nieustająco promiennej twarzy. Wycieczka wycofała się, po czym wszyscy weszli do studia gdzie śpiewał wokalista.

Tak. Weszli. Całe szczęście, że obraźliwe komentarze nie przenikają dźwiękoszczelnych ścian reżyserki. W dzisiejszych czasach, ludzie zarządzający nie muszą znać się na działalności swojej firmy. Przecież to wcale nie jest potrzebne do skutecznego menedżeringu, ale ćśśś...

Miało być o ciszach. Liczba to mnoga. Zastanawiam się, czy po tak błyskotliwie opowiedzianej anegdocie, ma sensu rozwodzenie się nad kwestiami technicznymi. Spróbuję.

Spotkałem się niedawno ze złem struktury gainów. Gainy, bla, bla, poziom, bla, miernik, bla, bla, headroom, bla, bla, bla, dupa. I przez to wszystko, wokalista w słuchawkach, oprócz głosu i muzyki, dostawał tonę szumu. Rzecz trywialna. Wysterowujemy wejścia konsoli normalnie, czyli na żółte, czyli żeby nie za cicho i żeby nie przesterować. Specjalne wyjścia podają sygnały na przetworniki nagrywające komputera. Okazuje się, że są bardzo przesterowane. Trzeba ściszyć. Skręcam więc gainy. Zapis jest ok, ale... poziomy w stole zrobiły się niskie. Wszystko szybko, artyści czekają. Żeby w słuchawkach było dobrze słychać, trzeba było gały odkręcać na maksa - wysyłki i wzmacniacze. W efekcie podbiły się wszystkie super-analogowe szumy. Ciszy brak, bo wejścia są za cicho, a przetworniki zbyt czułe. Bla, bla, bla. Dopasujcie swoje gainy, dobra? No. Jeszcze gitary nam brumiły.

Teraz przedstawię bardzo zaawansowaną metodę eliminacji zakłóceń elektro-magnetycznych, będących zmorą szarpidrutów. Ja już pomijam stosowanie humbackerów, bo czasem musisz, po prostu musisz użyć singla. Odpalasz stendbaja, gały w prawo a tu YYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYY.
A więc zauważamy, że jak gitarzysta obraca się wokół swojej osi pionowej, to jest jeden kierunek oraz zwrot gryfu, przy którym YYY zamienia się w yyy. Nie można jednak, w profesjonalnym studio, kazać muzykowi stać nieruchomo i celować instrumentem w drugą listwę na ścianie od lewej. Po pierwsze szukamy gniazdka wolnego od zakłóceń. Przecież nie wiadomo gdzie jakie fazy podłączyli elektrycy, ani na której chodzi lodówka. Po sprawdzeniu wszystkich piętnastu, dalej bieda. Może wziąć z korytarza? Nie. Wyrywamy z przedłużacza kołek uziemienia. Przecież prąd nikogo nie zabije... chyba. Sprawdzamy wkładając wtyczkę na dwa sposoby, normalnie i obróconą dokładnie o 180° ±1°. To wszystko razy 15 gniazdek. Nic? Aaahaaa... Są tu świetlówki. Wyłączamy świetlówki! Jest ciemno. Damy małą lampkę. Będzie genialny klimat. Kurde brumi. Hmmm... Maciek, stań proszę tak, żeby gryf celował w tamtą listwę na ścianie, ok?

Ćśśś...

piątek, 10 sierpnia 2012

Konfiguracja 3.1 z myszką w puzzlach

Z myszką komputerową, ale też bo myszką trąci. Na ten tekst trafiłem przeglądając kopie robocze. Rok leżało. Dopisałem zakończenie i wrzucam na pożarcie. Rzecz cała o koncercie inaugurującym debiut płytowy Marceliny we Wrocławskim klubie Puzzle.

Pewnego pięknego, wiosennego dnia udałem się do rynku obadać jak tam, w tej knajpie wygląda. Byłem oj zdziwiony. No nie ma, żeby wszystko pięknie. Jak nie urok, to... surround. Scena spoko duża, jak na klub. Głośniki przednie, tzn bardzo dobre i tylne identycznie. Taki sam na środku. Naprawdę wypas i aktywne, tylko czemu po jednym? Toż w monitorach będzie więcej mocy niż na sali. Eh żyzń... W najodleglejszym rogu baru wypatrzyłem rack z urządzeniami FOH. Ooo keeej... Pytam się grzecznie gdzie mikser, a on ci tamże hen za butelkami, że nie widać. Boszszsz, i jak tu cieszyć się ze sztuki?

Drugą wizytę przeznaczyłem na zaprzyjaźnienie się z konfiguracją i obsługą lokalu. Obsługa miła. Konfiguracja skomplikowana. Przykładowo, mamy dedykowane wyjście mono ze stołu na 2 suby - lewy i prawy. Okazuje się jednak, że nawet jeśli nic tam nie posyłamy, to i tak "trochę grają". Yyy... Trochę? Czyli jak? No to zapodałem szuma i dawaj bawić się w Sherlocka. Okazało się, że całość, skądinąd zrobiona bardzo porządnie, nie jest ani typowa, ani oczywista. Została pomyślana na kino surround. Dziwność polega na podejściu do dołu. W typowym 5.1 sub jest zupełnie osobny i działa jedynie jako LFE, czyli trzęsidupa. Reszta głośników winna być full range. W rozwiązaniach z małymi domowymi satelitkami, sub pełni rolę podwójną - jest uzupełnieniem pasma wszystkich satelitek i jednocześnie trzęsidupą. W naszym klubie zrobiono inaczej. Jak pisałem, doły są dwa. Uzupełniają pasma głośników przednich, odpowiednio lewego i prawego. Pozostałe tory pracują full range. Pomijając dziwność, wszystko zestrojono bardzo dobrze. W obawie o problemy fazowe, postanowiłem nie używać dopalania basów wyjściem mono. Można przecież zwyczajnie podbić korektorem. Co dalej?

Koncepcja miksu. Co by tu z tymi wszystkimi głośnikami zrobić? Po pierwsze, nie widziałem uzasadnienia dla "pan-owania" instrumentów z tyłu sali. Skoro tak, to pozostaną klasycznie w lewym i prawym. Mocy jest mało, ergo center będzie dla Marceliny i tylko dla niej. Poza oczywistą selektywnością, zyskam na lokalizacji wokalu. Znaczy to, że ludzie po bokach sceny będą słyszeli dziewczynę jak trzeba, ze środka, a nie z najbliższego głośnika nad głową. Z tyłu dam efekty - echa i pogłosy. Przede wszystkim trzeba je opóźnić. Nie chcę, żeby słuchacze stojący pod nimi mieli wrażenie, że słyszą wcześniej niż widzą. Co do echa, to lubię jak poszczególne odbicia są szerokie, słyszane z boków, a nie ze środka. Uzyskuję to dodatkowo opóźniając jeden z kanałów. Niestety w poczciwej dziewiątce, chcąc zachować funkcję Tap, jest kłopot. Chyba, że rozsunę czas na wyjściach głośnikowych. W końcu będą tam tylko efekty i pogłosom nie zaszkodzi.

Wszystko pięknie, ale... No właśnie. Przecież mikser stoi w dupie (czyt. daleko poza widownią, nawet z tyłu głośników tylnych, czyli z tyłu tyłu). Myślałem, będę twardy i zażądam przenosin. Przerabiałem to już prę razy, czyli całkiem często. Zobaczywszy jednak misternie utkaną pajęczynę połączeń analogowych oraz cyfrowych z tyłu urządzenia, zwątpiłem tak w przenosiny, jak i w dopinanie drugiego miksera na podpycie. Tu zawitał na mej twarzy chytry uśmiech tryumfu - będę miksował na laptopie! Precedensy były, czyli

Dade ramy dade ramy da
Ramy ramy dade ramy da
Dadę ramy dade ramy da
A jak nie damy to myk do mamy
I w płacz
(Lech Janerka)


Di Judgement Day

Ostatnią modyfikację zaordynowałem w dniu koncertu. Basy postawiłem w jednym miejscu, jeden na drugim, jak jeden. Zysk taki, że uniknę dziur. Wszędzie bas będzie.
Wszystkie głośniki, przody i monitory są wysokiej klasy i wstępna korekcja wyniosła zero. To duża ulga, zwłaszcza, że miałem również myszkować odsłuchy - całe 6 sztuk.
Przyjechał zespół, okupił scenę i zaczęliśmy to opinać. Klub jest przygotowany na 24 wloty, a to nie dużo, zwłaszcza gdy kierownik używa keyboard stereo, Rhodes stereo, prawdziwy Leslie, plus całą kupichę śladów na makówce, basista ma dodatkowy syntezator, perkusja jest prawdziwa i jeszcze chłopacy śpiewają. Skróty musiały być i były. Próba gainów, miksu, efektów, monitorów i w ogóle, ubiegła w atmosferze ćwiczenia repertuaru, czyli zgrzytałem zębami, czując kropelki zimnego potu na plecach. Prośby muzyków docierały w Surround 5 i jeden akustyk. Starałem się wyglądać profesjonalnie. Mój kompan z loży szyderców, widząc co się kroi, uciekł pośpiesznie, pozbawiając mnie możliwości odreagowania słowem. Łukasz! Ty wiesz co! Yhhh...

Tak to, w zeszłym roku było. Koncert udał się bardzo. Laptopa postawiłem na statywówce. Tylne głośniki wyłączyłem, bo artyści nie chcieli efektów. To się nawymyślałem bajerów... Wokal faktycznie było słychać ze środka. Całość nagrałem na pen-drajwa recorderem poczciwej dziewiątki. Jako, że było 3.1, to zrobiłem na matriksach dałn-miks do 2.0 stereo. Potem, już w studio, mastering i poszło do pana, który skręcał wydarzenie kamerką.


Fajne. Lubię wracać do starych nagrań, słuchać świeżym uchem, z dystansem, jakiego nie ma się podczas realizacji. Niebawem nowa płyta Marceliny. Nie ja to oczywiście. Trzymam kciuki. Pozdrawiam. Do widzenia.

Wracam

Wstyd mi, że tyle czasu nic nie pisałem. Sporo się wydarzyło. Przeprowadziłem parę szkoleń o dopasowaniu subbasów. W robocie Live, jako analizatora coraz częściej używam telefonu. Studio przeniosło się w nowe miejsce i dostało komputer-potwór z najnowszym Samplitude Pro X Suite.
Pracuję nad płytą koncertową Małgorzaty Ostrowskiej. Będzie też nowy singiel o dość zaskakującym charakterze. Nowości również w Sumptuastic. Zespół przeżył zmianę, nagrywa i koncertuje.
Niedawno zrobiłem kompletne strojenie systemu nagłośnieniowego firmy OL-SOUND z Kielc. Szczególnie zadbałem o odpowiedź impulsową. Robota była ciekawa. Czekam na opinie kolegów.

Wydłubałem nową oprawę graficzną bloga! Lubię się na nią patrzeć ;) To mnie zmobilizuje do pisania - NA PEWNO ;)